26 lutego 2014

Podsumowanie roku 2013.

Od grudnia zbierałam w sobie siłę, by napisać tę notkę. Po raz kolejny trudno mi było rozstać się z minionym rokiem - a to już trzeci, który zamykam na tym blogu. Jest to jakieś osiągnięcie biorąc pod uwagę, że poprzednie moje blogi opuszczałam po kilku miesiącach.
Kurczę, najwyższa pora to zrobić. Za miesiąc skończy się pierwszy kwartał tego roku. Późno piszę to podsumowanie. Ale lepiej późno, niż wcale, nieprawdaż?

Te dwanaście miesięcy opatrzone pechowym numerem trzynastym minęło mi bardzo burzliwie. Złe okresy, wręcz tragiczne, przemieszane z naprawdę cudownymi momentami - to u mnie norma. Wszechobecna AMBIWALENCJA, tak? Nie będę się rozpisywać na temat poszczególnych wydarzeń, robiłam to w notkach w ciągu roku. Zajmę się raczej swoistego rodzaju analizą duchową tego okresu.

W tamten rok weszłam zakochana. Zakochana bez wzajemności, więc nieszczęśliwie - ale jednak z poczuciem, że ta druga osoba jest szczęśliwa. To było trudne, cholernie. Na szczęście z biegiem czasu udało mi się tę miłość przekształcić w relację na poziomie brat - siostra. Uważam to za swoje ogromne osiągnięcie. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie czuję pociągu, nie czuję potrzeby erotycznej bliskości. Czuję troskę, cholerne przywiązanie, zaufanie, rodzinne ciepło - ale nic poza tym. To naprawdę wiele. Wiele włożonej ciężkiej pracy w zmianę nastawienia. W dorośnięcie do tego, by żyć obok, lecz osobno. Było warto. I choć nasza relacja uległa osłabieniu pod koniec roku, i już raczej nie wróci do dawnej zażyłości - nie jest źle. To chyba naturalna kolej rzeczy. I nie żałuję, że rzecz potoczyła się tak, a nie inaczej, bo wszelkie różnice między nami wychodzą dopiero teraz, po czasie. Oboje dorastamy i choć kiedyś rozumieliśmy się bez słów, obecnie nasze światopoglądy kreują się w nieco innym kierunku. Inne priorytety. Lecz to nie przeszkadza nam w kumplowaniu się. A mogłoby przeszkadzać w związku. I co? Po roku okazałoby się, że to jednak nie to? Oboje mielibyśmy cierpieć? Rzecz zbędna. A mogłoby się skończyć na tyle burzliwym rozłamem, że stracilibyśmy kontakt. Zdecydowanie o wiele lepiej jest tak, jak jest teraz.

Szkoła... Jak zwykle trudny temat. Zawaliłam bez możliwości powrotu; ale spójrzmy prawdzie w oczy - jak ja miałabym się przygotować do matury z zaległościami z tak wielu lat? Chyba lepiej, że odpadłam teraz, niż gdybym miała męczyć się kolejne trzy lata, by potem przed maturą okazało się, że tak naprawdę nie jestem w stanie do niej podejść. Jest dobrze. Za jakiś czas pójdę do szkoły wieczorowej. Zrobię to, gdy będę gotowa na ten krok. Póki co zaskakuję samą siebie - mam plan na przyszłość, chyba pierwszy raz w życiu taki poważny, który nie napawa mnie strachem czy niepewnością. Muszę znaleźć pracę, uniezależnić się. Zacząć żyć - nie jak dzieciak, ale jak człowiek dorosły. Wiem, że z moim charakterem i problemami będzie to zajebiście trudne, ale wiem też, że jest to możliwe. Teraz przyświeca mi jeden cel - wyjść na prostą. Tego się trzymajmy.

Wakacje wspominam miło. To okres, który obfitował w wiele nowych znajomości, wiele imprez, przygód, chwil wartych zapamiętania. Trzech panów udało mi się poznać. Pierwszy był znajomością na jeden wieczór (jakkolwiek to nie zabrzmi). Spełnił moje małe marzenie, które już tu opisywałam... i rozpłynął się w niebycie. Ale to nic. Taki jest urok wakacji, festiwali, gdzie spotykasz ludzi po raz pierwszy i być może ostatni. Było miło, lecz nie płaczemy, że się skończyło.
Drugi... No cóż. Wkręciłam się, trochę za bardzo. Burzliwie się zaczęło i burzliwie skończyło. Przez pewien czas sądziłam, że się zakochuję... Pierdu pierdu. Dobrze, że mi się tylko zdawało. : ) Fajny kolega do miziania, przytulania, taki misiek na chłodne wieczory, lecz na pewno nie towarzysz życia. Nie, to zły materiał na faceta.
A trzeci... Argh. Ciągnęło się to za mną od wakacji aż do teraz. Ale chyba udało mi się to jako tako unormować. No co tu dużo mówić, zakochałam się, cholera. Drugi raz w życiu. Tak wrażliwego, otwartego na świat, ciepłego chłopca nie spotkałam nigdy wcześniej. No właśnie... Chłopca. Właśnie dlatego, że brakuje mu odrobiny dojrzałości, nie możemy być teraz razem. Ciężko mi było się z tym pogodzić... Teraz już wiem. Spokojnie poczekam na bezpiecznej pozycji obserwatora - zobaczę, jak sytuacja się rozwinie. Szkoda mi tylko w tym wszystkim jego - gdyby uczył się na błędach... I gdyby był ze mną, być może wielu rozczarowań i złych przeżyć mogłabym mu zaoszczędzić. No niestety. Żeby dojrzał i się ogarnął, życie musi nim pieprznąć o ziemię. Musi dobić dna, by mógł się odbić, tak? Mam tylko nadzieję, że stanie się to, nim będzie za późno.
Ale kocham go, cholera. Mój anty-ideał. I o imieniu, które zawsze miało w sobie magiczną moc przyciągania mnie. To śmieszne, że zawsze zadurzam się w K.

Analizując miniony rok nie mogę pominąć kilku istotnych porażek. Pierwsze w życiu schlanie się na umór (nigdy więcej!), pozwolenie sobie na wyskoki, których teraz żałuję... I pieprzona lekomania. W tamtym roku dwa razy cud sprawił, że przeżyłam te pieprzone ataki. Za każdym razem kończyło się na kilkugodzinnym rzyganiu i chodzeniu przez dwa dni naćpaną. Pierdolone uzależnienie psychiczne - choć organizm cierpi jak cholera, duszy lżej. Gdyby marihuana była legalna, tańsza, dostępniejsza - obyłoby się bez szkód na zdrowiu. A tak? Sięgam po to, co mam w apteczce, i zamiast zapalić nieszkodliwe zioło, ćpam opiaty bądź psychotropy. Gdzie logika?
Lecz każde przedawkowanie kończy się nieodwracalną zmianą w moim światopoglądzie. Zmianą na lepsze. Za każdym razem wyciągam wnioski, których nie wyciągnęłabym na trzeźwo, czy po alkoholu. To pomaga. Szkoda, że pomaga wyniszczając mi jednocześnie wątrobę, nerki, żołądek i prowokując zachowania bulimiczne. To, cholera, nie jest dobre. Mam jednak nadzieję, że takie nastawienie, jakie mam obecnie, utrzyma się dłużej i nie będę musiała po to cholerstwo sięgać już nigdy więcej.

Po negatywnie nacechowanym fragmencie czas na kolejny pozytyw. We wrześniu 2013 powstało DKW - moi kochani Jaboliści grają punka, a ja im menedżeruję. Muszę przyznać, że ich obecność ma na mnie zbawienny wpływ. Przez te kilka miesięcy zbliżyłam się do tej ekipy i cholernie się z nią zżyłam. Kochani, cudowni ludzie. Z takimi samymi bądź gorszymi problemami. Świetnie się rozumiemy i mam nadzieję, że ta paczka przetrwa próbę, na jaką niebawem zostaniemy wystawieni - dorosłe życie, rozjazdy, prace, związki, wybory.
Dzięki nim też trochę otworzyłam się na ludzi, poszerzam horyzonty, jako menadżerka zawieram wiele znajomości, mam kontakty u różnych kapel. Zaczyna się okres, w którym będziemy organizować koncerty, będziemy jeździć do innych miast. Cudowna perspektywa poznawania świata. Wszystko dzięki trzem akordom i darciu mordy. Coś wspaniałego.

W rok dwa tysiące czternasty weszłam szczęśliwa. Naprawdę! Pierwszy raz nie złapałam doła na sylwestra. To właśnie dzięki nim. <3 Bawiliśmy się wyśmienicie. W sumie poranny kac po tanim szampanie to była zgroza, mimo to - warto było.
Postanowieniem noworocznym było mniej pić i mniej palić. I co? I zaczęły się częste próby DKW, na próbach picie, po próbach picie, w trakcie prób wyjścia z Kazkiem na fajkę. Pisząc tę notkę wypaliłam dwa Viceroye, właśnie odpalam trzeciego. Argh. To ostatnia paczka, później będę musiała wytężyć wszystkie siły, by znaleźć w sobie cień asertywności i odmawiać, gdy częstują papierosem. To chujowy nałóg i bardzo drogi. W tym miejscu upoważniam każdego czytającego tę notkę do opierdalania mnie, gdy zobaczycie mnie z fajką w gębie. Serio.



Co nie zmienia faktu, że jest dobrze. Cholera, niech to trwa.
Chcę się jak najczęściej uśmiechać. Bo lubię. Bo mogę.
I tego samego życzę wszystkim moim bliskim.