12 marca 2013

Żyję śniąc. Śnię żyjąc...

Dobry Boże, jest mi tak bardzo źle. Dzień w dzień siedzę w pustym, ciemnym, zimnym pokoju i płaczę. Czemu nie ma w moim życiu nikogo, kto nadałby mu sens? Tak bardzo za tym tęsknię. Świeżo wyryte rany zakrapiam łzami, by bardziej bolało. Ból fizyczny daje ulgę. Choć na chwilę tłumi ten psychiczny, dużo dotkliwszy...

Z samotności szaleję. Wygasam w życiu realnym, by odżywać w snach. Przenoszę się tam, do lepszego świata...

Przynajmniej tam jestem szczęśliwa. Dziwi mnie, kto jest fundamentem tego szczęścia - nie ten, którego bym się spodziewała. Przyśnił mi się dziś, tak cudowny, tak idealny, tak czuły i kochany - jak nigdy wcześniej. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego akurat on, dlaczego nie potrafię sobie go odpuścić - gdzieś tam w podświadomości dalej siedzi... To irracjonalne. Jak cały dzisiejszy sen. Mimo to starałam się go zatrzymać, na siłę próbując się nie obudzić do końca i nie stracić tej chwili przyjemności, za którą tak tęsknię. Chciałabym móc tylko spać, nigdy się nie budzić. Przeżywać wszystkie te wspaniałe chwile wciąż i wciąż na nowo.



Chcę żyć.
Chcę być szczęśliwa.
Chcę, by sny stały się jawą...

Chcę się do Ciebie przytulić.
Chcę wreszcie poczuć się bezpiecznie.
Chcę żyć...