8 stycznia 2013

Zniknęłam.

Mam przyjaciół.

Dziś sobie zdałam sprawę, na jak ciężką próbę ich wystawiłam, i na jakie konsekwencje naraziłam siebie. Pieprzyć to. Wreszcie jestem pewna swego - mam przyjaciół. Dotąd nie mogłam mieć stuprocentowej pewności... Zawsze byłam dla nich, pomagałam im. Lecz często odczuwałam, że oni nie przejmują się mną w takim stopniu, w jakim ja przejmuję się nimi. Myliłam się. Matko, jakie to błogie uczucie wiedzieć, że się myliłam.

Ostatnimi czasy leciałam w dół. Było źle, coraz gorzej. Potrzebowałam ludzi. Strasznie męczyło mnie psychicznie proszenie o spotkania, pisanie... Chciałam od tego odpocząć. I dać odpocząć im od mojej osoby. Stwierdziłam, że postąpię dokładnie odwrotnie, niż dotychczas. Potrzebowałam kilku dni sam na sam ze sobą, z książkami i gitarą. Bez telefonu, komputera czy telewizora. Całodniowe przesiadywanie na Gadu czy Fejsie zastąpiłam nieobecnością, stwierdziłam, że nie będę odpowiadać na smsy ani obierać połączeń. Tylko ja, pośród czterech ścian. Nie chciałam, aby ktokolwiek o tym wiedział, z dwóch powodów - przede wszystkim, jaki mieliby ode mnie odpoczynek wiedząc, że za trzy dni i tak wrócę? Poza tym, być może to głupie, ale właśnie chciałam się dowiedzieć, czy ktokolwiek zainteresuje się moją nieobecnością. Byłam pewna, że Cela będzie srać po gaciach ze strachu - nie pomyliłam się. Jednak reszty nie byłam pewna...

Teoretycznie to nic takiego, wyłączyłam się jedynie ze świata wirtualnego. Każde z nich mogłoby wpaść tu, pod okno, i naocznie się przekonać, że żyję, i że mam się dobrze, tak, jak zrobiła to Cela. Jednak wiem, że cała trójka jest zaniepokojona i w sumie, nie dziwię się. Dlatego też już jutro powracam do żywych, a nie w czwartek, tak jak planowałam pierwotnie. Wiem, że napsułam wam nerwów moim zachowaniem, za co was przepraszam. Musiałam, miałam wewnętrzną potrzebę tak postąpić. Nawet nie wiecie, ile siły musiałam włożyć w to, aby powstrzymać się przed odpisaniem, oddzwonieniem, poinformowaniem, że wszystko ze mną ok. Ale wiem doskonale, że wtedy mój plan nie odniósłby takich efektów.

Moja kuracja działa lepiej, niż przypuszczałam. Spokój, samotność i świadomość, że przepadłam dla całej reszty świata, to wszystko działa na mnie jak magiczne lekarstwo. Czerpię satysfakcję ze świadomości, że jednak potrafię żyć tak, jak dawniej - zaszyć się pod kołdrą z dobrą książką i malinową herbatą; odciąć się od swoich i cudzych problemów. Lektura wciągnęła mnie tak, jak działo się to za dawnych czasów - świat przedstawiony wydaje mi się bliższy, niż mój własny. Średniej długości książka przeczytana wczoraj w 6 godzin - niezły wynik, biorąc pod uwagę fakt, że bardzo dawno nic nie czytałam i mam problemy z koncentracją. Problemy te wylazły dnia dzisiejszego - dzisiaj jestem w połowie książki tej samej grubości, co wczorajsza, w porze, w której wczorajsza była już przeczytana od deski do deski. Moje myśli są dość mocno zmącone, głównie jutrzejszym dniem.

Nie zmienia to faktu, że mam bardzo dobry humor, nie płaczę po nocach, nawet teraz, gdy siedzę sama i się nudzę, nie czuję pustki. Jest wspaniale. To był najlepszy krok, jaki podjęłam dla swojego zdrowia psychicznego, od kilku miesięcy. Byłam już w złym stanie, chociaż w ostatnim tygodniu stan ten był lepszy, niż wcześniej, ale i tak było tragicznie. W pewnym momencie spostrzegłam, że staję się nieznośna w kontaktach z ludźmi, że mam humory. Dlatego wymyśliłam ten odpoczynek. Strzał w dziesiątkę. Czuję w sobie jakieś tchnienie optymizmu, którego mi od dawna brakowało. Czuję dawkę energii, jakby już zbliżała się wiosna. Być może teraz, dzięki trzem dniom odpoczynku, odżyję po trzech wyczerpujących miesiącach? Oby.



Hmmm, tak w ogóle, to nie pisałam jeszcze nic z okazji nowego roku, więc wykorzystam okazję na małe podsumowanie. Aby lepiej się do niego przygotować, przeczytałam notkę z grudnia roku zeszłego, gdy takie samo podsumowanie robiłam na rok 2011.

Pisałam tam, że muszę zrobić wszystko, aby rok 2012 był jeszcze obfitszy w treść. Udało się! To był przełomowy rok, zarówno w negatywnym, jak i pozytywnym znaczeniu. W lutym pożegnałam Babcię Elę - dopiero wtedy doceniłam, ile miłości i ciepła dawała mi ta kochana kobiecina, a ja nie umiałam, nie chciałam się odwdzięczać... Nastąpiło postanowienie poprawy. 'Nie będę więcej egoistką. Będę doceniać i szanować bliskich.' - myślałam. Haha, żeby to było takie proste! Dalej nieświadomie olewałam i raniłam ludzi...

... do czasu, aż się nie zakochałam. Pierwszy raz w życiu, tak na poważnie. To chyba najbardziej przełomowe wydarzenie tego roku. Nastąpiła we mnie ogromna przemiana - z rozpieszczonej egoistki i egocentryczki, która o facetach myślała w kategoriach: JA chcę, JA potrzebuję... Tak.., z tej małej kurwy przeistoczyłam się w postać cholernie empatyczną, wrażliwą na cudze nieszczęście, doceniającą relacje z ludźmi i dbającą o dobro przyjaciół, a zwłaszcza jego dobro. To chyba oczywiste. Sama nie mogłam uwierzyć własnym uczuciom, gdy w pewnym momencie, kiedy ważyły się losy spraw ważnych dla mnie, martwiłam się tylko o to, aby on podjął słuszną dla siebie decyzję, żeby nie żałował... Wtedy zrozumiałam dwie rzeczy. Raz, że ja naprawdę się zakochałam, skoro jego dobro przedkładam nad własne... Dwa, dojrzałam... Zdecydowanie.

Tę przemianę uważam za ogromny plus, choć nie powiem, przysporzyło mi to sporo problemów i przykrości. Nigdy wcześniej w całym moim życiu nie zdarzyło mi się płakać z cudzego nieszczęścia. Płakałam, bo JA rozbiłam sobie kolano. Płakałam, bo MI coś nie wychodziło. Płakałam, bo MI zmarła babcia i bardzo MI jej brakuje. No cóż...Teraz potrafię się rozpłakać, gdy komuś z moich bliskich przydarzy się nieszczęście. W ogóle, dużo więcej płaczę, dużo bardziej emocjonalna jestem. Pomyśleć, że to wszystko wina jednego takiego, co się napatoczył... I mimo wszelkich przeciwności losu, mimo, że zaliczyliśmy kilka porażek, został. ; )

A moja psycholog twierdzi, że to dobrze, że płaczę. Że pozbywam się złych emocji siedzących we mnie. Że dzięki temu jest mi łatwiej. Być może tak jest..? Czasem to czuję, czasem jest tylko gorzej. Ale przetrwałam rok bez leków, co mówi samo za siebie.

Szkoda tylko, że nie chodzę do szkoły. Powracając do podsumowania roku 2012 - zawaliłam pierwszą klasę LO. Prawdopodobnie zawaliłam ją też po raz drugi; ba - nawet na pewno. Tym samym prawdopodobnie zawaliłam całą swoją edukację, poprzestając na wykształceniu gimnazjalnym. Co za tym idzie - zawaliłam sobie całe życie. Nie powiem, żeby ta świadomość pozostawała mi obojętną... Być może nie przejmuję się nią na co dzień, ale wraca do mnie w trudnych momentach i jeszcze gwałtowniej rzuca mną o ziemię. Nie wiem, jak sobie poradzę. Nie mam pojęcia.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć o ubiegłym roku? Był dla mnie wspaniały. Zapisze się w mojej historii jako jeden z najważniejszych zapewne. Ostatni rok bycia dzieckiem, a jednocześnie pierwszy, w którym pod wieloma względami stałam się kobietą. Rok, w którym zapisało się wiele zdarzeń; zostaje w nim wiele elementów, które nie będą towarzyszyć mi w dalszym życiu. W zeszłorocznym podsumowaniu pisałam, że rok 2011 był na swój sposób przełomowy... Nie wiedziałam nawet, jak bardzo przełomowy będzie 2012, choć tak naprawdę wszystko, co zdarzyło się w tym roku, jest następstwem tamtego, jedenastego. Dużo żali, dużo chwil, które nie wrócą... Mimo to, było warto.

Rok 2012 pożegnałam wieloma łzami i smutkami. Nie mogłam, i chyba nadal nie mogę pogodzić się z tym, iż to wszystko nie powróci. Ale jest łatwiej...

Będzie lepiej, musi być.
Wszyscy tak mówią.
A chyba wszyscy nie mogą się mylić..?



Kocham Was.