29 czerwca 2011

Mgłą spowity nowy dzień.

Właśnie wróciłam z kojącego spaceru. Zapłakana i roztrzęsiona, ledwo patrząca na oczy od bólu głowy, oznajmiłam przerażonej matuli, że 'idę się przejść". Na uspokojenie jej założyłam glany i wzięłam do towarzystwa psa. Zegar pokazywał godzinę trzecią nad ranem.

Kiedy wyszłam z domu, poczułam na twarzy kojącą rześkość dżdżystej nocy. Powietrze przesiąknięte deszczem, chłodne i wilgotne... Po kilku minutach mój oddech się ustabilizował, a ciało przestało drżeć. Napawałam się błogą ciszą, przerywaną tylko cichym tupotem psich pazurów i pohukiwaniem sowy. Ciemność była jeszcze dość gęsta, niebo co prawda nie było już czarne, ale miało ciemnogranatowy odcień. Skierowałam swe kroki ku ulubionemu miejscu - górce klasztornej.

Wytyczyłam naszą trasę tak, aby po drodze mijać jak najmniej domów z psami w ogródkach - nie chciałam o moim przybyciu informować całego osiedla. Szliśmy dość równym krokiem, już powoli zaczęło się rozjaśniać. W pewnym momencie krzewy przy drodze przerzedziły się. Widok poruszający. Miasto tonące we mgle, którą złowrogo podświetlają uliczne latarnie, a z mgły wyłaniają się trzy jasielskie wieżowce. Na ich widok zasępiłam się nieco... To tam odebrał sobie życie chłopak, o którym pisałam w poprzedniej notce. Przypomniałam sobie te przemyślenia... Doceń to, co masz. Ruszyliśmy dalej.

Skręciłam w boczną alejkę, aby dojść do ukochanego pola. Po obu stronach ulicy były dość okazałe domki. Rozglądałam się po oknach, aby zobaczyć jakiekolwiek oznaki, że gospodarze jeszcze nie śpią... Ani jednej zapalonej lampki. Starałam się iść jak najciszej, aby nie pobudzić psów. Prawie się udało, nie licząc jednego kudłacza, który trochę sobie powarczał na Czokiego.

Weszłam pomiędzy wysokie trawy, na których siedziała lekko rosa zmieszana z wieczornym deszczem. Moim oczom ukazał się niesamowity widok - wszystkie okoliczne wsie zalane mgłą, która płynnie przechodziła w chmury. Wyglądało to, jakby obłoki przysiadły lekko na ziemi... Nad chmurami, na błękitnawym już niebie błyszczała Jutrzenka. Zaczarowana weszłam na środek pola, przykucnęłam i tak trwałam... Zastygłam bez ruchu i obserwowałam niebo, które mnie zaczarowało. Pies, wyczuwając idealnie mój nastrój, stał cicho obok mnie, również pogrążony w zadumie... Magiczna chwila. Pomiędzy ciszą słychać było pierwsze kwilenia ptaków, ciche bzyczenie pojedynczych owadów. W powietrzu unosił się zapach roślin polnych, wilgoci i mokrej ziemi.

Wtedy myślałam o tym, co tu napiszę. Nie martwiłam się już niczym. Moja głowa przestała boleć, a w duszę wstąpił błogi spokój. Widok błękitniejącego z minuty na minutę nieba przywołał marzenia obecne w mojej głowie od dzieciństwa. Wieś. Cisza, spokój, rześkie powietrze i piękne poranki. To, co kocham najbardziej i tylko tym mogłabym żyć. Pomyślałam, że zachody są piękne, ale kojarzą mi się z czymś odchodzącym, kończącym się... Wolę poranki. Kiedy wszystko budzi się do życia i kiedy razem ze słońcem wstaje nadzieja na lepszy dzień. Tak, potrzeba mi żyć na wsi, koniecznie.

Po tej chwili zadumy czas było wrócić do domu, bo wiedziałam, że mamcia mimo wszystko umiera tam ze strachu. Tak więc powoli ruszyliśmy w drogę powrotną, a uliczki, przedtem spowite ciemnością, teraz były dużo widniejsze. Mimo to miasto wyglądało wciąż jak zaczarowane, ani jednej żywej istoty na ulicy, nie licząc drobnego, wychudzonego kota, który przemknął z jednego podwórka na drugie. Będąc już niedaleko domu, stwierdziłam że musimy kiedyś wyruszyć pieszo na stajnię - o wczesnym świcie, trasą, którą jechałam kiedyś konno. Czuję, że mogłabym iść nawet dziś, nawet zaraz. Mam teraz na to niesamowitą ochotę.

Zastanawiasz się pewnie, dlaczego byłam taka zdenerwowana, kiedy szłam na ten spacer? No cóż. Wbrew pozorom, dla mnie przyjaźń jest ważniejsza niż wszystko inne. A jak tracę przyjaciela, to to cholernie boli. Do tego uświadomiłam sobie kilka innych rzeczy... Mhm... Było źle.

Ale nie, wbrew sobie i wbrew wszystkiemu nie zrobię tego, nie skończę z sobą, a urodzinowa impreza się odbędzie. I będziemy się dobrze bawić. Musi być dobrze, już dostałam idealny prezent urodzinowy - ten spacer, ten poranek. I przepraszam Cię, kochanie, że pewnie znowu przyprawiłam Cię o bezsenną noc. Znowu miałaś rację. Jak zawsze, z resztą.

Kocham gdy moja podświadomość działa wbrew wszystkiemu - przeczytane "Sperma" zamiast "Suprema" na ciężarówce. ; ) No i niech mi ktoś powie, że nie jestem zboczona.