23 maja 2011

Koński weekend i come back do szkoły.

Jest wtorek, 7:40. Powinnam już siedzieć w szkole i, przypomniawszy sobie o czekającym mnie sprawdzianie, zakuwać angielski. Ale mnie tam nie ma. Dlaczego? Przedawkowałam oscypka i wywołało to rewolucję w moim układzie pokarmowym. Zauważyłam, że ostatnio mam strasznie wrażliwy żołądek... Obstawiam, że to przez leki.

W sobotę było cudownie. Wsiedliśmy z ojczulkiem w auto i zajechaliśmy do Pasikonia na majówkę. Na miejscu okazało się, że mogę startować w zawodach, więc dzikim pędem rzuciłam się do siodlarni po toczek i równie dzikim pędem wróciłam na pastwisko, gdzie odbywały się zawody. Wystartowałam na Gaździe, ze sprzętu jeździeckiego miałam tylko ten toczek i buty, reszty nie miałam czasu przebrać. Ten patafian ciągnął do Perły i Pestki jak oszalały, pół przejazdu miał głowę maksymalnie odciągniętą w drugą stronę, coby mnie dzikim cwałem do nich nie pociągnął. Ale było nieźle. Zajęliśmy trzecie miejsce. : )

Później były dzikie wygłupy z Anką na pastwisku, pilnowanie stajni, coby banda dzieciaków nie zagłaskała koni na śmierć. Przeciągające się w nieskończoność oprowadzanki tejże bandy... Podejrzewam, że niektóre dzieciaki zaliczyły grubo ponad 5 jazd. Kiedy już odprowadzaliśmy konie do stajni, ja szłam z tyłu. Gazda przeciągnął mnie kłusem po błocie, coby być bliżej koni, a jak go przyciągnęłam do siebie to zaczęły się cyrki. Wariował jak młody ogier. W pewnym momencie jego przednie kopyta zawisły obok mojej głowy, ale szybko delikwenta ściągnęłam na ziemię, sprzedałam dwa baty i był spokój.

Pod koniec imprezy odbył się pokaz talentów muzycznych, haha. Olci nikt nie musiał namawiać, żeby zagrała na skrzypcach. Gorzej było, gdy pani Weronika wyciągnęła drugie skrzypce i keyboard. Oczywiście byłam jedną z molestowanych. Biedni ludzie, 20 minut przekonywali mnie, żebym coś zagrała. XD Ania zagrała po mnie. A potem się rozkręciłyśmy i ona grała, ja jej akompaniowałam. Wyszło całkiem nieźle. Kiedy grała p. Weronika z Olą, zmyłyśmy się do siodlarni, gdzie siedzieli Ela, druga Ania i Bartek. Pośmialiśmy i nadszedł rozjazdów. Ach, te nasze romantisz pożegnania!

W niedzielę byłam ledwo żywa, kiedy wparował do pokoju tatusiek i oświadczył: "Wstawaj, zbierz się migiem i jedziemy na majówkę do Regietowa!". Pędząc do łazienki, na pewno przekroczyłam dozwoloną prędkość. Krótki telefon do Anki, czy się zabiera z nami, ale nie mogła. Trudno, jedziem sami. Uwielbiam drogę na Regietów. Zwłaszcza las... <3

Na miejscu Gosiaczek oczywiście musiał dokładnie oglądnąć wszystkie stoiska ze sprzętem i ponarzekać, jak bardzo chciałby mieć siodło rajdowe. Poszliśmy obejrzeć zawody skokowe. Poziomu zawodników wolę nie komentować, tylko jedna dziewczyna, która nawiasem mówiąc zajęła drugie miejsce, jeździła technicznie na tyle dobrze, żeby myśleć o skokach na poważnie... Widząc poziom trudności toru znowu powrócił do mnie myśli, aby jednak wstąpić w progi KJ Jaśmin. To by był dla mnie duży krok naprzód.

Kiedy skończyły się skoki, lekko rozczarowani poziomem zawodników i jak zwykle zbulwersowani ustawieniem przeszkód na parkurze (esy floresy i zawijasy, przeszkody łatwe, ale miejsce do najazdu i kąty, pod jakimi przeszkody były ustawione - masakra) poleźliśmy do restauracji na gulasz huculski, na który chętkę mieliśmy już rano. Smacznie zjedzony obiadek i leziemy odpocząć na ławeczce. Ale myśl o tym, że kilka metrów ode mnie koczuje sprzedawca oscypków, nie dawała mi spokoju. Wyżuliwszy od ojczulka kasę, zakupiłam u gościa półkilowego łoscypa. Dziś myślę, że jednak mogłam wziąć mniejszego...

Niebawem odbyło się rozdanie nagród, było na co popatrzeć, bo działy się cyrki. W szeregu jeden koń wyszedł trochę na przód i strzelił barańca, dzięki czemu jeździec obok zarobił w biodro. Kilka ogierków tańcowało wystawiwszy swoje przyrodzenie na wierzch, a jeden tak przestraszył się kotylionu, że prawie przewrócił prezesiaka. XD Runda honorowa była do dupy, za dużo jeźdźców i nie mogli dać czadu. Za to runda honorowa w wykonaniu zaprzęgów - coś pięknego! Po zakończonym show kupiliśmy dwie metrowe żele i wybraliśmy się w drogę powrotną. Pojechaliśmy nowo odkrytą trasą i po drodze znalazłam przepiękną okolicę w pewnej wsi i obwieściłam tacie, że za dziesięć lat tu wrócę i kupię ziemię. XD

Poniedziałek! Idąc do szkoły wywołałam szok u rodziców i podwójny szok u znajomych z klasy. Po pierwsze tym, że w ogóle pojawiłam się w szkole, a po drugie, moim ubiorem. Przylazło dziecko w podpierdzielonej matce koszuli w kratę i bandanie na łbie. Ktokolwiek pamiętał mnie jeszcze z poprzednich lat, mam nadzieję, że wreszcie zauważył, że się ostro zmieniłam. XD

W szkole dorwał mnie p. Zając obwieszczając, że mam na jutro (tzn. dziś) przynieść fotki do prezentacji. Fotki miały być najlepiej z kuniem, ukazujące moje kotyliony. To oznaczało tylko jedno: najazd na Pasikonika! Po powrocie do domu i krótkiej rozmowie z Katarzynką dowiedziałam się, że nie może jechać, później okazało się, że Celka również. No problem, krótkie zdarcie taty z łóżka i pół godziny potem byliśmy już w drodze do Pasikonia.

Na miejscu, po szybkiej informacji p. Weroniki, że przybyłam, wzięłam Perełkę na round pena (tak, mamy round pena na stajni i jesteśmy zajebiści. xD) i trochę pobawiłam się z nią w natural, a dokładniej rzecz biorąc, w odczulanie. Na początku stawiała mały opór, kocham stawanie dęba w jej wykonaniu. Podnosi przednie nogi jakieś 20 cm ponad ziemię, po czym opada. xD Po pół godziny i dużej ilości klepania klaczka biegała luzem dookoła z kotylionem przyczepionym do grzywy, a wstążki trzepały ją po oczach. Miała to gdzieś, co oznaczało mój sukces.

Zaczęło padać. Drobny deszczyk, cały czas świeciło słońce. Przeczyszciłam Perełkę i poszłam z powrotem na nowy wybieg. Założyłam ogłowie klaczce i zaczęło się focenie. Tato pstrykał fotki jak szalony, w ciągu godziny zrobił chyba z 200 zdjęć. Jednak moją ulubioną jest ta:
Perełka, czyli mój koński ideał. <3
 Wskrobałam się na Percię i stępowałam na oklep, a tatusiek cykał fotki. Perlista to chyba najwygodniejsze stworzenie na tym świecie. <333 Jak zwykle na oklep, poćwiczyłam na niej trochę westa. Niedługo potem wypuściłam konie, posprzątałam chaos, który wywołałam wcześniej w siodlarni i po krótkiej rozmowie z p. Martą wybyliśmy do domu, bo źle się czułam. Głowa mnie bolała i było mi niedobrze. Hah, już dziś wiem, jakie są tego powody...

Nie wiem, czy dziś pójdę do szkoły. Ledwo żyję. Zobaczymy, co będzie.
Haha, notka - szatan. XD