Dupnie jest, bardzo dupnie. Siedzę i nic. Po prostu nic. Wszystko, co śmieszne, tylko mnie dobija. Nie cierpię tego stanu. Wiesz, dlaczego czuję się od dupy? Bo jest tak pięknie na dworze, a ja nie mam siły wyjść i cieszyć się życiem. Mam ochotę, ale nie mogę. To przygnębia.
Do tego rodzicielka znowu staje się irytująca. Świąteczny nastrój jej minął i wróciła do starych zwyczajów. Jęczy o byle gówno, a ja po prostu NIE MAM SIŁY. Nie mam siły ruszać dupy sprzed komputera i dawać temu brązowemu obsrańcowi żarcia. Tym bardziej nie mam siły z nim wychodzić. Nie, nie, nie. Po prostu nie. Chcę się pogrążyć w mojej ciemnej ciemności samego środka ciemnej dupy. I już.
Zapomnieć.
Dzisiaj zapomniałam wziąć prochy. Z jednej strony podejrzewam, że to przez to jest, jak jest. Ale z drugiej strony, cholera, biorę to świństwo od piątku, przecież takie rzeczy zaczynają działać dopiero po kilku tygodniach, więc do cholery jasnej, o co tu chodzi?
Nie wiem. Nic nie wiem.
I nie chcę wiedzieć.
I to mnie boli.