18 kwietnia 2016

Początek końca.

Nie zrobię podsumowania roku 2015, za bardzo pamięć mi szwankuje, by przypomnieć sobie wszystkie warte uchwycenia w słowach momenty. I chuj.

Za to chcę, byś już sobie poszedł. Wszyscy sobie idźcie, i tak nie ma tu nikogo w chwilach, gdy tak bardzo potrzebuję kogokolwiek. Kłuje mnie w serduszko nieobecność ludzi, na których mi zależy...

Nasza ekipa się rozpada. Nikt nie może temu zaprzeczyć. Zaczynają dzielić nas kilometry, poglądy i plany na przyszłość. Rozdziela nas to miasto - zatęchła mieścina nieoferująca jakichkolwiek perspektyw, duszne, choć puste ulice, brudne podwórka z pozamykanymi knajpami; każdy pragnie się wyrwać. Każdy, lecz nie ja. Tu mam (miałam?) 'swoich' ludzi, mam znane sobie zakątki, mam miliony wspomnień, poczucie bezpieczeństwa i przywiązania (czasem wręcz porównywalnego do przykucia kajdankami do kaloryfera, jednak syndrom sztokholmski wygrywa)... W moich wizjach siedzimy tu wszyscy razem, jak dawniej, nad rzeką. Rozprawiamy o jakichś bzdurach pijąc tani alkohol. Nie o polityce, nie przy wódce za pięć dych. Nie jesteśmy zgorzkniali, cyniczni, zdystansowani. Nie martwimy się o pieniądze, bo i tak ich nigdy nie ma. Szkoda, że to tylko marzenia. Szkoda, że dorastacie, a ja pozostaję nieszczęśliwym wiecznym dzieckiem.

Obstawiam, że to chęć ucieczki od nieuchronnie nadchodzącej dorosłości pcha mnie do młodszych osób. Przyciągają mnie ich świeżość, ich nieco naiwne jeszcze spojrzenie na świat, ich głowy pełne marzeń i ambicji nie stłamszonych jeszcze przez szarość życia codziennego. I kurczę, nie oszukujmy się, są po prostu inteligentni. Bardzo cenię sobie rozmowę z osobami o otwartych, chłonnych umysłach. Żywię cholernie ciepłą sympatię do tych wariatów, mam nadzieję, że oni lubią mnie choć w połowie tak, jak ja ich.

Gdzieś w podświadomości pojawił się komunikat, że towarzystwo młodszych osób to sposób na odsunięcie w czasie nieuniknionej katastrofy emocjonalnej i wyzwania, jakim jest poradzenie sobie z nią. Kurczę, to miały być kolejne beztroskie trzy lata. Potem i ja skończę szkołę, równo z nimi, więc też będę miała otwartą drogę, będę mogła stąd zwiać, by nie zostać samotnie w tych ukochanych i znienawidzonych jednocześnie czterech ścianach.

Wszystko runęło dziś z hukiem, gdy dotarło do mnie, że już tylko kilka miesięcy zostało do wyjazdu W., na dodatek - to już pewne. Najpierw złapał mnie taki najbardziej prozaiczny smutek... Po prostu będę za nim tęsknić, polubiliśmy się, świetnie nam się rozmawia i miło byłoby mieć więcej czasu na te rozmowy. Ale ej, przecież są sprawy ważne i ważniejsze, spełnianie marzeń i rozwój są na pierwszym miejscu.

Problem pojawił się, gdy po pewnym czasie zrozumiałam, że wyjazd W. jest wierzchołkiem góry lodowej. Dotarło do mnie - czasu nie zatrzymam. Właśnie zaczyna się rozpad kolejnej ekipy. Znów zmieniają się priorytety, znów na drodze stają kilometry. To nowy początek katastrofy, której tak bardzo chciałam uniknąć. Tak czy siak będę musiała pogodzić się z faktem, że bliskie mi osoby znikają z zasięgu mojego wzroku, poniekąd też znikając z mojego życia. Będzie tych osób do tęsknienia po prostu więcej.

Wszyscy powoli odnajdujecie swoje cele, swoje miejsca na ziemi, a ja? Gdzie moje miejsce, czym cel? Też bym już chciała wiedzieć...

I chciałabym też mieć przy sobie choć jedną osobę, która nie zniknie. Kogoś, kto ratowałby mnie ciepłotą swojego ciała w momencie, gdy roztrzęsie mnie chłód nieobecności tych bliskich-dalekich ciał.

Na litość boską, cholernie chciałabym dostać jakiś pierdolony znak z nieba, by wiedzieć, że to Ty masz nim być. Nie mam już siły na eksperymenty. Ale jeszcze mniej siły mam na szukanie. Serio, po prostu bądź tym kimś, możesz nawet wpierdolić się bezpardonowo w moje życie niczym dewoty do Lidla przed świętami; nawet byłoby lepiej, gdybyśmy darowali sobie te całe podchody.
Proszę... Ja naprawdę nie wykrzesam z siebie energii na ponowne egzystowanie bez punktu odniesienia.