30 stycznia 2015

Czwarty raz.

Tak, sama w to nie wierzę, ale...
Po raz czwarty piszę podsumowanie roku na tym blogu. To mój absolutny rekord, mogę być z siebie dumna.
Do rzeczy...



Rok 2014.
Tak, jak każdy poprzedni, tak i ten był wyjątkowy. Dużo się zmieniło. Zmiany nie są zauważalne gołym okiem, ale głębiej... Jest inaczej. Zacznijmy więc od początku. W nowy rok weszłam - teoretycznie - jeszcze zakochana. Obecnie wiem, że była to iluzja, jednak wtedy myślałam, że to coś prawdziwego. Udało mi się pokonać iluzję, udało mi się przez cały rok nie wpaść w żadną bezsensowną miłostkę. TO NAPRAWDĘ WIELKI SUKCES, biorąc pod uwagę moją kochliwą duszę, z nutą pieczołowicie skrywanego romantyzmu. Jestem lekka na duszy, głowę mam wolną od miłosnych rozterek czy wyobrażeń idealnej miłości z nim (czy z tym, czy z tamtych, tylu ich przecież było...). Co prawda zauroczyłam się pod koniec roku praktycznie od pierwszego wejrzenia, ale zachowałam zdrowe podejście do tematu (jak nie ja!), dzięki czemu wyszłam zwycięsko z tej chwilowej słabości. Dalej na niego jednak czyham - a nuż widelec coś się uda? Nigdy nie wiadomo.
Odnośnie 'miłostek', na przełomie maja i czerwca zdarzyła się jedna z ciekawszych historii tego roku, gdy wchodząc w rolę zakochanej przez internet (lekka fascynacja postacią + eksperyment psychologiczny) wczułam się w nią na tyle, by przekonać do niej wszystkich. WSZYSTKICH. Nawet Kaśka była święcie przekonana, że się zabujałam jak debil, a przecież ona widzi po mnie każde kłamstwo. Oj, kochani, za nisko mnie cenicie. Zawsze powtarzałam, że nie ma miłości bez fizyczności, a hipokrytką nie jestem. To, że go polubiłam, martwiłam się o niego, nie oznacza, że od razu chcę za mąż wychodzić. :)
Zachował się jak palant myśląc, że wygrał tę grę złudzeń. A niech żyje z nadmuchanym ego, powodzenia! Krzyżyk na drogę.



Well, wracając do początku roku. W lutym 2014 przestałam ćpać leki. Nie nadużywam ich już, psychotropów ani opiatów nie biorę w ogóle. Za parę dni minie rok, odkąd jestem czysta. Kto jest ze mnie dumny? Bo ja jestem.

Ograniczyłam też alkohol. Mało go pijam, tylko okazyjnie, czuję się z tym dobrze psychicznie. Lubię pokonywać samą siebie i własne ograniczenia, to mnie uskrzydla.  Co prawda, fajek mi się nie udało rzucić, ale i na to przyjdzie pora. Nie wszystko na raz...

Prima Aprillis to był ironiczny żart ze strony losu. Nie wspominajmy.

Początek wakacji, osiemnastka Robina. Wspominam miło wypad do Rudawki Rymanowskiej. Integracja z naturą, a także integracja dupy Robina z ogniskiem, oraz zmysłów węchu z asfaltem. Wesoło było.

Pół wakacji minęło mi niemalże beztrosko, na radosnym bimbaniu na stajni. Miła odmiana po całym roku spędzonym w domu. Miesiąc tylko dla siebie, dla własnych myśli. Odpoczęłam psychicznie i przygotowałam się zarazem na to, co właśnie miało nastąpić...



WOODSTOCK!

Przygoda życia, naprawdę. Dwadzieścia godzin w podróży, po czym parę dni totalnego oderwania od rzeczywistości. I powrót, ponad doba... Te wspomnienia co jakiś czas rozpalają się na nowo w mojej głowie, płoną mocnym żarem, przeżywam je jakby to było tu, teraz. Oglądam filmiki, przeglądam zdjęcia, dostaję dreszczy tak samo, jak wtedy. I tak samo napływają mi łzy do oczu...
Jeszcze pół roku i tam wrócę.
Wytrzymam!



Po powrocie wielka depresja, bo opłakiwanie Wooda i faktu, że rok czekania na następny...
Humor poprawił mi chyba dopiero Krushfest.
Tak, poznanie kolegów z Jarosławia, cały wieczór śmiechów i rozmów, pół następnego dnia również... To było miłe - spotkać ludzi takich, jak Ty. Nie zawistnych śmieci, jakich w tym mieście pełno. Po prostu prostych, serdecznych chłopaków. Lubię poznawać ludzi, zwłaszcza ludzi, z którymi nadaję na tych samych falach.
We wrześniu również przeprowadziłam się do byłego pokoju Ewy, wyprowadzkę ze starego lokum opłakiwałam chyba z tydzień. Co śmieszne, dalej nie mieszkam w nowym pokoju, siedzę na głowie rodzicom. Taka sarkastyczna przenośnia całego mojego życia...




A potem Cela się zestarzała. Śpieszmy się kochać dzieci, tak szybko osiągają pełnoletność... Osiemnastki nie było, brak warunków... Ale jeszcze wyprawimy Ci huczne urodziny, jeszcze pasowana będziesz! Masz moje słowo. :D



Jesień przemknęła jakoś bez echa, może dlatego, że przekoczowałam ją w domu. Totalnie odseparowałam się od społeczeństwa i egzystowałam w miłosnym czworokącie z lodówką, łóżkiem i komputerem. Przynajmniej było zdrowo, bo z Wooda wyniosłam postanowienie przejścia na wegetarianizm.... (po paru miesiącach zaczęłam odpuszczać, potem odpuściłam całkiem - to nie przejdzie z dwoma mięsożercami pod dachem, gdzie się aż tak nie przelewa, by gotować na dwa obiady...) Well, kiedy zamieszkam sama, na pewno zrezygnuję z mięsa. Dzięki tym paru miesiącom wstrzemięźliwości, Miałam jechać na Arkonę i Eluveitie, ale nie wyszło. Trudno...



Zima. Hmmm, czy działo się cokolwiek? Chyba nie. Cały grudzień siedziałam jak na szpilkach, miałam jechać do Holandii, do pracy... Nie wyszło. JAK ZWYKLE. Przynajmniej sylwester na mieszkaniu był w miarę udany. Stepmania na nowo podbiła serca gości. Odbyło się wesoło, bez płaczu z mojej strony, co sobie cenię.
I pierwszy stycznia... Smok Marcin, kot Zagłada, znów Smok. Zwierzęco bardzo. Ale - nie narzekam!



Powinnam teraz podsumować całość, prawda? Będzie ciężko. Głównie dlatego, że całokształt roku przesłania mi w głowie wielki napis WOODSTOCK. Zmieniłam się, tak. Przestałam gonić za miłością, pogodziłam się z jej chwilowym brakiem. Zeszłam na nowe nurty muzyczne - glam, reggae. Wreszcie muzyka nie pogłębia mych negatywnych emocji, wreszcie jest to muzyka, która pomaga mi się odbić od dna.
Od paru miesięcy próbuję złapać pracę, by móc uzbierać kasę na swoje plany. I na usamodzielnienie się. Tak, w tym roku dojrzałam, wreszcie zapragnęłam samodzielności. Co z tego wyjdzie? Kiedy wyjdzie? Zobaczymy.

Z roku na rok dorośleję, schodzę na ziemię... Czy kiedyś dojrzeję? Będę odpowiedzialnym, pełnoprawnym dorosłym członkiem społeczeństwa..? Pozostaje mi mieć nadzieję.

Czekam na to, co przyniesie mi 2015 rok. Na pewno zabierze mi luksus bycia nastolatką. Może da coś w zamian?
Oby.