O ile dobrze liczę, będzie już miesiąc. Miesiąc pełen roztargnienia, gadania głupot, śmiania się do samej siebie i wylewania łez tylko z czystej potrzeby. Wszystko przez jeden, jakże błahy powód. Z jednej strony chcę sobie dać z tym wszystkim spokój. Ale z drugiej, po prostu... Nie potrafię.
Tak więc dziś stwierdziłam, że cały ten bałagan zostawię tak, jak jest. Myślę, że z biegiem czasu wszystko się wyklaruje. Wtedy będzie wiadomo, czy jest w tym wszystkim choć krzta sensu, czy może jednak nie. Zobaczymy.
Nie cierpię chorować. Nie znoszę wręcz. Ja właśnie teraz potrzebuję być zdrowa. A tu dupa. Jeśli nie wykuruję się do końca tygodnia, to nigdy sobie tego nie wybaczę. W końcu w sobotę jest Krushfest. Ma być wisienką na torcie. Idealnym zakończeniem tego całego wakacyjnego bajzlu. Wiem, że tak łatwo nie pójdzie... Ale można sobie troszkę pomarzyć, prawda?
Idę dalej wpierdalać słonecznik i okłamywać się, że jutro będzie lepiej. Przy życiu trzyma mnie GNR lecące w kółko w głośnikach.
I kotek na pustyni... Wtajemniczeni wiedzą.